Tydzień w zdjęciach - nr 1


Zaczynam nową serię, wzorem popularnych blogerek. Nie wiem, czy wam się spodoba, czy będziecie zainteresowane prywatą wystarczająco, by ze mną zostać - ale chyba trochę się już przez te pół roku zżyłyśmy? Nie będę na pewno zasypywać was zdjęciami co tydzień, w tym minionym jednak tyle się działo, że chyba warto o nim opowiedzieć. W ciągu tygodnia zaliczyłam przeziębienie, spływ kajakowy, Porto, Lizbonę i kąpiel w oceanie. I nie, Atlantyk wcale nie jest cieplejszy od Bałtyku.


Kajaki na rzece Mondego
Mój pierwszy raz, przyznam szczerze, ale na pewno nie ostatni. Bez owijania w bawełnę - byłam zachwycona. Wybraliśmy się na nie całą dziesiątką, wszyscy mieszkańcy "Domu Jutra", jak nazywamy nasz dom (Nie, to nie my, to właściciel. Na każde pytania odpowiada "jutro".) i był to jeden z najpiękniejszych dni, jakie spędziliśmy razem. Pogoda była typowa jak na Portugalię, rano mżyło i niebo było zakryte chmurami, więc część z nas ubrała się nieadekwatnie. Tu, zanim mnie osądzicie, powiem, że cały weekend spędziłam w łóżku z gorączką i kaszlem, więc naiwnie ubzdurałam sobie, że powinnam się ubrać w miarę ciepło. Oczywiście, nim dotarliśmy na miejsce, wyszło słońce i wszyscy się prażyliśmy, wciąż złazi z nas skóra, mimo smarowania się filtrami. Kolejna uwaga co do kajakowania: gdy ruszasz na nie z przyjaciółmi, prędzej czy później skończysz cały mokry. Warto nauczyć się, jak uderzać wiosłem w wodę, by skutecznie opryskać innych.


A te widoki! Na trasie (17 km) co i rusz mijaliśmy takie małe, zapomniane wioski, w których zostali już tylko starsze osoby. Domy są tak skutecznie ukryte w górach, że nie mają zasięgu. Swoją drogą, jeśli chodzi o cenę, myślałam, że jest to dość sporo, ale okazało się, że na Jezioraku koło Iławy, skąd pochodzę, za kajakowanie na podobnym dystansie płaci się więcej. A podobno zachód taki drogi.

Prezydent w Porto

Następnego dnia ruszyłam odebrać przyjaciółkę do Porto. Z Coimbry do Porto jest jakieś półtorej godziny drogi, więc złapałam stopa. Kierowca mówił tylko po portugalsku, mimo to ucięliśmy sobie ładną pogawędkę. Większość moich znajomych (z zachodniej Europy) mówi, że portugalski to trudny język, ale mi się wydaje, że podstawy są całkiem proste. Pół roku temu nie znałam ani słowa, a dziś jestem w stanie rozmawiać w tym języku. Cudowne uczucie.


W Porto spotkał nas pierwszy łut szczęścia - z okazji Dnia Portugalii przypadkiem trafiłyśmy na uroczystości, w których brał udział prezydent. Mało tego - mimo że stałyśmy w środku tłumu, trasa jego przejścia przypadła tuż obok nas. Gdy mundurowi kazali wszystkim się rozstąpić, nagle wylądowałyśmy w pierwszym rzędzie a prezydent przeszedł może metr od nas.


Coimbra we trójkę
Na dwa dni zostałyśmy w Coimbrze razem z Harrym, chłopakiem, którego poznałyśmy w Porto. Tu oddawałyśmy się typowym portugalskim rozrywkom jak picie sangrii i jedzenie bacalhau nocami, no i oczywiście zwiedzanie miasta w ciągu dnia. Zaliczyłyśmy uniwersytet, dwa klasztory i na jedno popołudnie wyskoczyłyśmy do niedalekiej Figuery da Foz, zanurzyć się w oceanie. Ależ tam było lodowato.


Noc św. Antoniego w Lizbonie
Tu po raz kolejny dosięgło nas szczęście. Zatrzymałyśmy się u koleżanki, która powiedziała nam, że przyjechałyśmy dokładnie na noc św. Antoniego, patrona miasta, kiedy cała Lizbona wychodzi na ulice, je i tańczy. I faktycznie... To było niesamowite. Na początku zobaczyłyśmy paradę, która przeszła przez główną ulicę - niestety wrażenie było takie sobie. Grupy, reprezentujące poszczególne dzielnice, tańczyły i występowały tylko w kilku miejscach przed trybunami, a więc dla ludzi, którzy za to zapłacili, a resztę trasy przebiegali albo szli swobodnie. Mimo wszystko - wyglądali cudownie. Nie wzięłam aparatu, żeby go nie stracić, więc mam tylko fatalnej jakości zdjęcia.
Uwaga na boku: obowiązkowy posiłek w czasie tej nocy to grillowana sardynka. Czy może raczej sardyna, zważywszy na jej rozmiary.


Pałac w Sintrze
Na jeden dzień udało nam się wyskoczyć do pobliskiej Sintry, gdzie w ciągu całego dnia zwiedziłyśmy ledwie jeden pałac z ogrodem. Ale za to jakim! Monteiro, milioner, który ufundował to miejsce, kazał zaprojektować ogrody na podstawie jego koszmarów. Efekt 10/10, małe dzieło sztuki. Najbardziej spodobała mi się odwrócona wieża, prowadząca pod ziemię, która łączyła się z tunelami. Ale o Sintrze napiszę więcej w kolejnym poście. Z Sintry chłopak poznany przez couchsurfing, Daniel, podwiózł nas do Cascais, bogatego miasteczka z plażą koło Lizbony. Zobaczyłyśmy dawną letnią rezydencję rodziny królewskiej i kawałek starego miasta, a potem wróciliśmy do stolicy drogą prowadzącą wzdłuż wybrzeża. Ależ to było cudowne.



Oprócz tego w Cascais znajduje się miejsce nazywane Boca de Inferno, czyli Usta Piekła. Kolejne miejsce w Portugalii, które zapiera dech w piersiach. Uwaga na stronie: poznawanie miejscowych jest naprawdę, naprawdę potrzebne, by dobrze zwiedzać nowe miejsca.

I na koniec, dwa przysmaki z długiej listy rzeczy, których spróbowałyśmy w czasie tej podróży. Pierwsze to queijada, małe ciasteczka produkowane w Sintrze, które nie zdobyły mojego serca ani wcześniej, ani i tym razem. Drugie z nich to pastel de Belem, wypiekane w Lizbonie w jedynej piekarni, która ma na to przepis i pilnie go strzeże. Ono spodobało mi się znacznie bardziej, choć nie trafi do mojej top listy.


Tak, to już koniec! Dotrwaliśmy! A teraz moja prośba do was - dajcie mi znać, co wam się podobało, a co powinnam zmienić. Czy post był za długi, zdjęć za dużo/za mało? Czy wolicie więcej praktycznych wskazówek, czy prywaty? I przede wszystkim czy taka forma postu wam się podoba?

Epilog. Pożar w Pedrógão
Kiedy skończyłam pisać ten post, dowiedziałam się o wczorajszym pożarze na południe od Coimbry. Pewnie już o nim słyszeliście. Ostatnich kilka dni w Portugalii było upalnych, temperatura nie schodziła poniżej czterdziestu stopni. Wczoraj wieczorem, gdy siedzieliśmy w pokoju jednego z naszych znajomych, zauważyliśmy, że niebo było czerwone. Dziś rano od słońca oddzielała nas gruba warstwa żółtych chmur i ze zdziwieniem komentowaliśmy tę nietypową pogodę. Dopiero teraz dowiedzieliśmy się, że nie były to chmury. Brak mi słów by wyrazić jak bardzo mi przykro z powodu tego, co się wczoraj wydarzyło.

Czego nauczyłam się od turystów w Porto?



Porto to chyba najpopularniejsze turystyczne miasto w Portugalii. Wiosną, gdy byłam tam ostatnim razem, było jeszcze znośnie, w zeszłym tygodniu zrobiło się nieco zbyt tłocznie. Dla tych z was, którzy nie wiedzą, Porto zostało wyróżnione tytułem "najlepszego kierunku na wakacje" wg tripadvisor, jest miejscem produkcji wina Porto, a w latach dziewięćdziesiątych mieszkała tu J. K. Rowling i właśnie tu powołała do życia Harry'ego Pottera. Czy warto je odwiedzić? Nie ma tu żadnych wątpliwości - oczywiście. Nie chciałam natomiast robić z tego posta typowego poradnika, więc tym razem skupię się bardziej na ludziach występujących w Porto tłumnie - turystach.


Jedz i pij
Żadne miejsce nie nada się do tego tak idealnie, jak Porto. Choć samo centrum jest pełne turystycznych miejsc z jedzeniem w dzikich cenach, wystarczy odejść od starego miasta dziesięć minut, by trafić na nieduże restauracje z dobrym jedzeniem. Jak poznać dobre miejsce? Jest ciasne i zatłoczone, i nie ma w nim menu po angielsku. Zwykle za menu robi kartka papieru, czasem napisana ręcznie, i jest to dla nas najlepsza wskazówka - bo znaczy tyle, że właściciel rano poszedł na market i gotuje w zależności od tego, co udało mu się dostać. A jest to ważne, bo połowa kuchni portugalskiej opiera się na rybach, na czele z bacalhau (dorszem przyrządzanym na tysiąc trzysta sposobów). Ameryki tu nie odkryję, ale najedzony człowiek to szczęśliwy człowiek. Jeśli natomiast chodzi o napoje, to macie szeroki wybór Porto (bardzo słodkich i mocnych win z dodatkiem spirytusu), ale też zwykłego wina - które w Portugalii kosztuje tyle, co nic. Poza tym Porto, jak każde szanujące się miasto, ma swoją dzielnicę imprezową.


Celebruj chwile
Porto jest idealnym miejscem żeby po prostu usiąść i nacieszyć się życiem. Przyda się tu poczuć jak prawdziwy Portugalczyk i choćby przez kilka dni żyć jak oni - spokojnie, obojętnie, szczęśliwie. Kłopoty? Ach, kiedyś same przejdą, nie ma co sobie zawracać tym głowy. Zamiast tego lepiej skupić się na ludziach wokół nas - znajomych i rodzinie, i razem z nimi posiedzieć i pogrzać się na słońcu. Nie można jednak zapominać o tym, że jest się na wakacjach. Wiecie, za co lubię zdjęcia? Mrożą momenty. I dlatego rozumiem chińskich turystów, którzy strzelają fleszem w tempie dziesięciu klatek na minutę. Ja też jestem takim chińskim turystą, może nawet gorszym, bo oprócz klasycznego aparatu mam jeszcze zawsze przewieszoną przez ramię smenę (stary radziecki aparat) i telefon, by mieć co wrzucać na instastories. Bo choć mieszkam w Portugalii od pół roku wiem, że niedługo ten sen się skończy.


Bądź otwarty
Próbuj nowych rzeczy. Zachwyć się lub znienawidź francesinhę. W czasie wycieczki z przewodnikiem (gorąco polecam Porto Walkers, bezpłatny tour po Porto, zarówno poranny jak i popołudniowy - w żaden sposób się nie pokrywają) poznaj nowych ludzi. Porto jeszcze dwadzieścia lat temu nie było żadnym znanym miastem, więc jego mieszkańcy bardzo się cieszą z nowej sytuacji, która uratowała ich gospodarkę. Wystarczy wyjść poza turystyczne obszary i zagadać do starszych osób, by dowiedzieć się czegoś nowego. Niestety, do tego trzeba znać hiszpański albo portugalski. Mój portugalski po pół roku dość jeszcze mocno kuleje, choć jestem w stanie prowadzić proste rozmowy. I kilka z nich zachowam jako wspomnienie tego ostatniego weekendu na zawsze.




Codzienność na Erasmusie


Hej!
Po dramatycznie długiej przerwie (niezłe zacięcie do pisanie bloga, co?) wracam na chwilę albo dwie. Postaram się jednak trzymać rękę na pulsie. Dzisiejszy post będzie bardziej pamiętnikowy, bo jestem jeszcze trochę przywalona nauką, dostaniecie zatem luźny zbiór myśli z ostatniego tygodnia. Jeśli chcesz się dowiedzieć, gdzie się ostatnio włamałam, i jakie jest najważniejsze słowo za granicą, zapraszam!


Będziesz codziennie imprezować, mówili. No, w sumie to nawet mieli rację... Do pewnego stopnia. W Portugalii imprezuje się inaczej niż w Polsce, dłużej i bardziej intensywnie (obowiązkowe dni "wychodne" to w Coimbrze wtorki i czwartki). Z domu można wyjść po dwunastej, wcześniej tylko wiatr huczy na ulicach. Skoro wychodzi się późno, to kończy się też późno. Logiczne.


O czym nie mówili? A o tym, że po powrocie z klubu o czwartej nad ranem, studenci grzecznie idą na poranne zajęcia, a potem siedzą w bibliotece do wieczora. I ja naprawdę nie wiem, jak oni to robią. Mam zajęcia w środy o dziewiątej rano i jeśli już udało mi się na nie doturlać, spędzałam dwie godziny kompletnie nieświadoma tego, co się do mnie fala. (Nieszczęśliwie jest to kurs portugalskiego.) Natomiast nauki mamy wszyscy piekielnie dużo. Zaliczanie egzaminów w języku, który się słabo zna nie należy do przyjemności.
Notatka na boku: dobrze jest znać jakikolwiek język łaciński. Przydaje się nie tylko na studiach, ale i do podsłuchiwania znajomych.
Notatka numer dwa: jeśli twoi znajomi Włosi nagle przeskakują z angielskiego na włoski, wiedz, że coś się dzieje.


Nieświadomie włamałam się wczoraj na taras widokowy. Mamy w domu mały klub sportowy, trzy osoby biegają regularnie (w tym ja!), dwie chodzą na siłownię, a jedna na basen. Zaczęłam biegać w lutym, gdy odkryłam, jak wielką szkodę wyrządziły mi tramwaje w Niemczech. (A tu lato od dawna i wszystkie Portugalki śmigają w bluzkach z odkrytym pępkiem). W walce o dobrą figurę pomagają mi Brazylijczyk i Francuska. Wytyczenie dobrej trasy do biegania nie jest łatwym zadaniem w Coimbrze, która rozciąga się na wzgórzach, kiedy więc widzimy prostą drogę, zwykle ją sprawdzamy. Wczoraj wdrapaliśmy się po schodach na taras widokowy. Boże, ten widok! Niestety, później przyszedł miły pan ochroniarz i wyrzucił nas ze słowami - nao fotos aqui.
Moja uwaga - najważniejsze słowo w języku obcym po tak i nie to - tutaj (aqui). Nie zliczę, ile razy mi się przydało. Nie wiem zupełnie, czemu rozmówki nie zwracają na to większej uwagi. Bardzo się przydaje, gdy człowiek wejdzie na taras, który okazuje się być... garażem? (Nadal nie jestem pewna.)



Dobrze, kończą mi się zdjęcia, więc może i na mnie pora. Podobno niedługo mam mieć więcej czasu, postaram się (który to już raz) postować bardziej regularnie. W końcu mam już całe pięćdziesiąt osób, które mnie słucha. Jak miło!
Zmontowałam też dziś pierwszy filmik na youtube. Trwa minutę i poskładanie go w całość zajęło mi dwie godziny. Niestety, wynik nie jest nawet zbliżony do przyzwoitego, więc się nim nie dzielę. Ale pewnego dnia... mam nadzieję.

Do zobaczenia!



Odnaleźć się w nowym miejscu


Co robicie, gdy znajdujecie się w nowym miejscu? Idziecie do informacji turystycznej, czytacie porady na tripadvisor? A może w ogóle nie odwiedzacie nowych miast, wracając zawsze to tych samych? Przeprowadzanie się w nowe miejsce ssie. A jeszcze gorzej jest, gdy przenosicie się za granicę. Co ze sobą zabrać? Czy można sobie poradzić, nie znając języka? Jak sobie poradzić? Poruszam dziś kilka kwestii, które najbardziej zapadły mi w pamięć.


Od czego zacząć po przyjeździe?

Dobra, podstawa pewnie was nie zdziwi. Szukacie mieszkania. Może dostaliście akademik. U mnie było nie tak łatwo  w Portugalii – okazało się, że żeby dostać akademik, trzeba stanąć na głowie, ewentualnie przyjechać z Chin. Szukanie mieszkania zajęło mi… No, tak po prawdzie to nawet nie zaczęłam szukać. Przyjechałam tu w niedzielę, a w poniedziałek miałam pierwsze zajęcia. Usiadłam w ławce z Czeszką (klik), która okazała się być na wyjeździe z Erasmusa. Po kilkuminutowej rozmowie powiedziała, że w jej domu wciąż są jeszcze wolne miejsca. Wieczorem przeszłam się obejrzeć pokoje, a w środę się przeprowadziłam. Przy okazji, jeśli wybierasz się do Portugalii – nie szukaj mieszkania przez internet, znacznie lepiej jest rozejrzeć się za nim na miejscu. Natomiast po przeprowadzce warto od razu zorientować się, gdzie są… kontenery na śmieci. W Niemczech odkrycie ich zajęło mi chyba ze trzy tygodnie, a w pewnym momencie aż głupio mi było pytać o nie znajomych.


Co ze sobą zabrać?

Gdybym miała powiedzieć coś sobie we wrześniu zeszłego roku, byłoby to – przesyłka z Polski kosztuje szalone pieniądze, a masę sprzedawców na allegro trzeba wręcz błagać, by się na nią zgodzili. Z pewnością wzięłabym ze sobą farbę do włosów i soczewki, które potem musiałam zamawiać. Teraz niedawno dostałam paczkę z domu (pierwszą, odkąd przyjechałam) i nie mogę powiedzieć, jak bardzo się ucieszyłam widząc całą paczkę Theraflu (leki w Portugalii są dość dziko drogie, przynajmniej tam, gdzie ja patrzyłam), kilka folijek na ekran telefonu i ulubiony podkład. Co do kosmetyków, nie warto brać ich dużo na zapach, bo w większości europejskich państw można znaleźć mniej więcej to samo – ale na przykład na południu trudno znaleźć podkład dla bladej cery.



O czym trzeba pamiętać?

Uwierz mi, przez pierwszy tydzień nie będzie ci się podobać w nowym miejscu. To chyba tak pewne, że można to nazwać regułą. Większość moich koleżanek później przyznawała się, że w ciągu tych kilku pierwszych dni płakała za domem. Ja w Moguncji też, a Portugalia od pierwszego wejrzenia mi się nie podobała. Zajęcia na uczelni, szukanie sal i siedzenie w nich, gdy nie zna się nikogo, zawsze jest koszmarem. Chodzenie do sklepu z włączonymi mapami google było dla mnie normą przez pierwszych kilka dni, a potem (czasem nadal) używanie translatora, żeby dowiedzieć się, czy biorę do ręki cukier czy sól. Ale z każdym dniem, każdą wizytą w sklepie, jest coraz łatwiej. Obcy ludzie nagle stają się przyjaciółmi i ani się obejrzysz, a nazwiesz nowe miejsce domem. Trzeba tylko zacisnąć zęby i przecierpieć ten pierwszy tydzień. A chodzenie do sklepu ze słownikiem stanie się zabawną anegdotką, którą można opowiedzieć po powrocie.



W dzisiejszym poście wrzucam zdjęcia z mojego uniwersytetu i przylegającego do niego Ogrodu Botanicznego. Wreszcie dorobiłam się przyzwoitego aparatu, więc mam nadzieję, że widać poprawę. W przyszły poniedziałek rozpoczynam ferie wiosenne i wybieram się na road trip po Hiszpanii, po której na pewno będę miała sporo do opowiedzenia. Tych, którzy chcą być ze mną na bieżąco, zapraszam na snapa i instagramstories (mykotka).



Wyniki konkursu – pocztówki powędrują do Marta W. i Blisko Lasu. Gratulacje :) Czekam na Wasze adresy, a resztę obserwujących proszę o cierpliwość – na pewno nie ostatni raz organizuję coś takiego, lubię wysyłać pocztówki :)


A teraz pytanie do was - jeśli miałyście doświadczenie w przeprowadzaniu się do obcego miejsca, jak sobie z nim radziłyście? Stwórzmy razem poradnik-gigant. Zawsze pod postami z radami najbardziej interesowały mnie komentarze, z których nie raz mogłam wynieść więcej niż z samego posta, a pod postem o moim Erasmusie w Niemczech (klik) znalazłam wiele interesujących opinii.

Z wizytą u zmarłych + ROZDANIE



Coimbra nie jest najbardziej znanym miastem w Portugalii, nie jest nawet w pierwszej piątce. Turystów jest tu sporo, co dziwi tym bardziej, bo w Polsce nikt o niej nie słyszał. Za czym więc turyści ściągają do Coimbry? Miasto ma fajne, staroświeckie uliczki, najlepsze na świecie wypieki, stary uniwersytet i... najpiękniejszy cmentarz, jaki kiedykolwiek widziałam. Tak, nie żartuję. Ludzie przyjeżdżają tutaj zwiedzać cmentarz i wcale im się nie dziwię.


Cmentarz założono w 1860 roku (na wzgórzu, a jakżeby inaczej! Cała Coimbra to wieczne chodzenie w górę i w dół) i wkrótce po tym okazało się, że zwykły pochówek nie wystarczy, że bogate rodziny potrzebują wyróżniać się nawet po śmierci. Rzemieślnicy zaczęli prześcigać się w zdobieniach tych niedużych domków, a stało się to tak ważne, że stworzyli własny, coimbrijski styl mauzoleów.


Niewiele więcej udało mi się o nim dowiedzieć. Bariera językowa stoi na przeszkodzie, a po angielsku nie znalazłam praktycznie żadnych wzmianek na ten temat. Żadnych strasznych historii i duchów krążących po okolicy. Być może zmarli, zadowoleni z wystawnych grobowców, nie mają powodu straszyć mieszkańców miasta.


Cmentarze nie są zbyt popularnym celem wycieczek turystów. Być może większość z Was na wakacjach szuka relaksu i chwili odprężenia, nie gęsiej skórki i niepokoju, który wzbudza zestawienie doskonale widocznych trumien i często wakacyjnych zdjęć ustawionych na półeczkach obok. Jeśli jednak macie wolne popołudnie, warto zajrzeć na lokalny cmentarz - te w Portugalii są szczególnie czarujące.


UWAGA KONKURS!
Wśród osób, które obserwują mojego bloga (warunek obowiązkowy!) i zostawią swój adres e-mail w komentarzu pod tym postem wylosuję dwie, którym wyślę pocztówki z Coimbry. Być może któraś z Was ma ochotę powiesić sobie na ścianie coś kolorowego, by przegonić złą pogodę :) Można się zgłaszać do poniedziałku do północy. Wyniki podam w następny wtorek w nowym poście.

Czym zachwyciła mnie Lizbona?


Choć mało jeszcze w życiu widziałam, odważę się powiedzieć, że Lizbona to jedna z najpiękniejszych stolic europejskich. Tanio, aż ciężko uwierzyć - ceny jak w każdym innym miejscu w Portugalii, a tyle miejsc do zobaczenia, że mogłabym tam wracać co miesiąc do końca życia. Jeszcze was nie przekonałam? A co powiecie na 22 stopnie Celsjusza w lutym? No, to możemy zaczynać.


Było warto?
Nie będę ściemniać i od progu powiem, że Lizbona totalnie mnie zauroczyła. Białe domy, czerwone dachy, czyste niebo i słońce – i mamy obrazek taki, że nawet mój telefon zdecydował się robić przyzwoite zdjęcia. Być może z pogodą dopisało nam szczęście, bo pogoda w Portugalii w lutym zmienia się tak szybko, że czasem ciężko nadążyć ze zmianą kurtek. Weekend, w który wybrałam się tam z przyjaciółmi, nie padało nawet przez chwilę, za to do Coimbry wróciliśmy z zarumienionymi od słońca twarzami. Opalać się w lutym - nieźle, nie?


 Zamek św. Jerzego
Czyli główny punkt naszej wycieczki. Gdy szukaliśmy, co zobaczyć w Lizbonie, był na liście najczęściej polecanych miejsc. Zmęczeni chodzeniem po mieście, na szczyt góry dojechaliśmy ślicznym, staroświeckim tramwajem, z których Lizbona słynie. Jeszcze trochę ich po centrum jeździ. Choć nasz był przepełniony, było warto. Czułam się przez chwilę, jakby ktoś cofnął nas w czasie… i tylko trzask lustrzanki stojącego obok mnie Azjaty wyrwał mnie z tego wrażenia. Poniżej samego zamku mamy stare miasto, i wiecie co? Pewnie wiecie. Było piękne.


Siedem cudów Portugalii
Warto, będąc w Lizbonie, spróbować wiśniowego likieru. Albo czekolado-wiśniowego likieru. Na pewno sami zobaczycie, gdzie go sprzedają – nawet w lutym wokół tych miejsc kręciło się pełno turystów. A gdy zobaczycie już stare miasto i nie chcecie, by alkohol uderzył wam do głowy, możecie jeszcze odwiedzić ocean (z centrum trzeba złapać, a jakżeby inaczej, tramwaj). Obok Torre de Belem, świetnie zachowanej wieży z szesnastego wieku, rozciąga się deptak. Można sobie posiedzieć i pogapić się na ocean. I naprawdę nic więcej do szczęścia nie trzeba.


Nocne życie
Po obiedzie, który zjedliśmy koło dziewiątej (tak, to normalna pora tutaj – o różnicach między nami a Portugalczykami jeszcze napiszę w oddzielnym poście) przyszła pora zwiedzać miasto nocą. Host koleżanek zaprowadził nas do baru, gdzie czterdzieści szotów kosztowało 9 euro! Gdy wracaliśmy do hostelu po północy, ludzi na ulicach było pełno, jakby to był środek dnia. A, może jesteście ciekawi – za noc w czystym i nowoczesnym hostelu (6 łóżek, ale tylko 3 zajęte przez nas w pokoju) zapłaciliśmy dziesięć euro. Czy to nie jest taniej, niż nad polskim morzem?


Lizbona i ja zdecydowanie nadajemy na tych samych falach. Ja wyszłam z tego spotkania kompletnie oczarowana i wiem na pewno, że to nie była moja ostatnia wizyta w tym mieście.



Podsumowanie semestru w Niemczech


Hej!

Dziś opowiem o tym, jak wyglądał mój Erasmus w Niemczech. Sama, gdy zastanawiałam się, jak wybrać kraj na stypendium, szukałam opinii studentów w Internecie, kosztów wyjazdu, informacji, jakie miasto wybrać. Postaram się napisać taki post, jakiego sama potrzebowałam przed wyjazdem do Moguncji. Może zabrzmi trochę jak poradnik, ale starałam się napisać go w formie pamiętnika.

Rzeka Ren, z którą spotkałam się w sześciu różnych miastach. Mówi się, że w dolinie rzeki Ren żyją najsympatyczniejsi ludzie :)

LOKALIZACJA

Tu ważne są dwie sprawy - położenie, bo zachodnie Niemcy zwykle są droższe niż wschodnie, i rozmiar - najlepiej wybierać większe miasto, w których będzie więcej studentów z wymiany. Taka opcja daje nam też większą różnorodność – świetnie jest poznać nie tylko Europejczyków (czyli przede wszystkim wszechobecnych Włochów), ale też ludzi z innych kontynentów. Im mniejsze miasto, tym nasze szanse spadają. Ja miałam przyjaciół z Korei, USA, Kolumbii... Niesamowity miks kulturowy. Za to moja koleżanka, która pojechała do małego miasta na Litwie, miała na uczelni dwudziestu studentów z wymiany, z czego szesnastu z Turcji. Nie było to spełnienie jej marzeń ;) Ja nie miałam wyjścia, bo Moguncja była jedynym dostępnym mi uniwersytetem w Niemczech, który miał katedrę języka rosyjskiego. W mieście działo się dużo, w ciągu tygodnia mieliśmy zwykle kilka różnych wydarzeń i musieliśmy wręcz zbierać się co kilka dni, by zdecydować, co robimy w danym tygodniu. Na wszystko nigdy nie starczało czasu, ale nie żałuję - uwielbiam zbierać nowe doświadczenia.


Gdybym miała zrobić listę zabytków UNESCO, które zobaczyłam przez ten semestr, to byłaby ona imponująca

PODRÓŻE

Świetnie jest wybrać miejsce, gdzie działa ESN lub inna organizacja tego typu – w Niemczech ESN nie jest szczególnie popularny, u mnie go nie było, zamiast tego mieliśmy Studierenden Werk i Erasmus Team, którzy może mieli inne zadania, ale świetnie się nami zajmowali. Warto jest zacząć zwiedzać okoliczne miasta od samego początku semestru, kiedy jeszcze nie ma zbyt wiele nauki, a w semestrze zimowym jest jeszcze w miarę ciepło. Samodzielne załatwienie wycieczki czasem bywa trudne, więc dobrze jest brać udział w tych, które organizuje uczelnia - zwykle są organizowane "po kosztach". Jeśli zaś nie lubimy podróżowania w grupie, można te szkolne wycieczki potraktować jako podpowiedzi, które miasta w okolicy warto odwiedzić.

Proszę bardzo, jak drogo jest w Niemczech - czasem nie starcza kasy, żeby skończyć budynek i zostają takie dziury ;)

KOSZTY

Erasmus w Niemczech to dziura bez dna. Stypendium z uczelni skończyło mi się jeszcze w październiku i czasem bywało ciężko. Ceny wszystkiego są wyższe – może oprócz odzieży, jeśli ma się Primarka pod ręką. Dodatkowo trzeba pamiętać o tym, że w czasie semestru za granicą żyje się jednak zdecydowanie bardziej aktywnie niż normalnie – regularne są wycieczki, imprezy, wspólne wyjścia (zakupy, spacery, kino, tatuaże... Mam teraz czarną dziurę, a przecież tyle się działo!), czy wypady ze znajomymi. Ja nie chciałam wspominać Niemczech jako okresu, w którym odmawiałam sobie wszystkiego, i choć starałam się żyć oszczędnie, gdy moi przyjaciele wychodzi, ja szłam z nimi. Dzięki temu mam wiele przepięknych wspomnień, do których będę wracała latami.

Warto jest zaprzyjaźnić się z kimś z lustrzanką. ;)
ZNAJOMI

To była kwestia, której najbardziej się bałam. A co, jak nikogo nie poznam? Sama będę w pokoju siedziała przez cały semestr! Albo z nikim się nie polubię. Albo coś pójdzie nie tak. Dziś mogę już z pewnością powiedzieć, że nie ma takiej opcji. Podczas tygodnia organizacyjnego (info days, welcome week) poznałam kilkadziesiąt osób. W ciągu semestru spotykałam ich potem w najróżniejszych miejscach. Najbliżej byłam z tymi, którzy mieszkali w moim akademiku – po pierwszym tygodniu stworzyliśmy grupę, która w krótkim czasie zżyła się tak, jakbyśmy znali się od lat. A jednak dzięki temu, że w czasie info days poznałam masę innych osób, miałam też z kim robić projekty na zajęciach, z kim siedzieć w bibliotece, a także zostałam zaproszona na świętowanie Koreańskiego Nowego Roku. Ludzie na Erasmusie są bardzo do siebie podobni – nastawieni na poznawanie nowych osób, otwarci, kochający podróże i języki obce. Jeśli odnajdujecie w tym opisie siebie, taki wyjazd jest dla was.

Mało jest w Niemczech słońca, ale jak już wyjdzie zza chmur, to szczęki opadają

Mój wyjazd do Niemczech był niesamowitym doświadczeniem, które będę wspominać jeszcze przez wiele lat. Był to także test charakteru – musiałam odnaleźć się w kraju, którego język ledwie znałam. Teraz już wiem, że mogę liczyć na siebie i mój kolejny wyjazd ze stypendium, do Portugalii, mogłam przeżyć już spokojniej. Ale o tym innym razem.

Pierwszy rzut oka na Portugalię



Hej!

Po króciutkiej, zaledwie dwumiesięcznej przerwie wracam do pisania. Myślałam nawet o usunięciu bloga, ale stwierdziłam, że spróbuję jeszcze powalczyć z moją prokrastynacją i zostawić ślad po sobie w internecie. No bo kto nie chciałby czytać o podróżach jakiegoś randoma z internetu, nie?

Powód mojego milczenia był prozaiczny. W Niemczech miałam w styczniu do zaliczenia jedenaście przedmiotów, a wykładowcy tam nie przejmują się, czy mają do czynienia ze zwykłym studentem, czy tym z wymiany ;) Ponieważ musiałam wszystko pozaliczać do końca stycznia, podczas gdy normalnie sesja tam zaczyna się koło 10. lutego i trwa miesiąc, zrobiło się nagle pracowicie.



A co z lutym? W lutym przeprowadziłam się do Portugalii, by zacząć kolejną wymianę. Piątego wylądowałam w Lizbonie, wieczorem dotarłam do Coimbry, a szóstego już zaczynałam zajęcia. Zaaklimatyzowanie się tutaj zajęło mi trochę czasu, chwilami było ciężko. Teraz jednak wracam na, mam nadzieję, dobre. W ciągu kilku następnych miesięcy postaram się rozruszać trochę ten blog i załatwić jakiś przyzwoity szablon, który się nie rozjeżdża.


Coimbra to nieduże miasto w centralnej Portugalii. Ma najstarszy uniwersytet w kraju i jest wypchane studentami po brzegi. Rozciąga się na kilku wzgórzach, a transport publiczny jest tak koszmarny, że nikt na niego nie liczy. Wszędzie chodzi się pieszo, do góry, w dół, do góry, w dół, darmowa siłownia. Z moich pierwszych wrażeń - pogoda tutaj to istny rollercoaster. Temperatura waha się od dziesięciu do dwudziestu paru stopni, a słońce przeplata się z deszczem. Niczego nie można być pewnym. Mimo wszystko przyjemnie jest grzać się w cieple ze świadomością, że na Mazurach jest teraz cztery stopnie na plusie ;)



W ramach planów około blogowych - najbliższych kilka postów będzie jeszcze o Niemczech, przeplatanych z Portugalią. Zacznę od podsumowania poprzedniego semestru. Do zobaczenia!